piątek, 25 grudnia 2015

Przykra wiadomość...



Witajcie,
Niestety muszę powiadomić Was o zaistniałej sytuacji. Jasmine odeszła. Znaczy nie umarła, tylko już nie prowadzi tego bloga. Zdecydowała się i odeszła. Wątpię, żeby powróciła, ale wszystko możliwe. Co do mnie, to nie wiem czy dam radę prowadzić go sama. Niezbyt lubię pisać o Leonettcie. Ale jeżeli już zostanę to będę pisać raczej o Candelarii. Leonetta zejdzie na drugi plan. Em, tak. To chyba wszystko co chciałam Wam przekazać. A, oczywiście OnShot zostanie skończony. 
Także tego, miłego dnia,
Lynch.

czwartek, 24 grudnia 2015

OneShot. Maybe I'll get drunk, again. cz.1


     Raz po raz ostrze żyletki wbijało się w moje udo. Patrzyłam na ciemnoczerwoną krew. Było mi cholernie ciężko. Zostawił mnie. Powiedział, że nigdy mnie nie opuści. Obiecywał, że wyzdrowieje. Nie miałam już siły na nic. Obraz powoli mi się zamazywał przez łzy. Krzyczałam. Chciałam, żeby ten koszmar się już skończył. Chciałam umrzeć. 

Obudziły mnie promienie słoneczne. Jęknęłam. Spróbowałam sięgnąć po poduszkę, ale nie mogłam się poruszyć. Nawet zwykłe otworzenie oczu było torturą. Były całe opuchnięte od płaczu. Przypomniałam sobie o wczorajszych wydarzeniach i mimowolnie znów zaczęłam płakać.
   – Mój jedyny brat umarł. Zostawił mnie. Nie mam już nikogo. – szeptałam. – Dlaczego musiałeś zabrać akurat jego?! Mojego kochanego braciszka... mojego braciszka! Nienawidzę cię! Rozumiesz?! – wydarłam się w stronę sufitu. Energicznie podniosłam rękę i przetarłam oczy. Cała się trzęsłam. Nie z zimna, z wszechogarniającego mnie bólu. Powoli podniosłam się. Bolało mnie wszystko. Spuściłam nogi z łóżka i się rozejałam. Bez niego wszystko wydawało się takie nijakie i szare. Nawet zwykły pokój wydawał się więzieniem. Spojrzałam na zakrwawioną pościel i swoje nogi. Wszędzie były zaschnięte rany po cięciu. Delikatnie dotknęłam jednej z nich. Skrzywiłam się pod wpływem bólu. Miałam ochotę powtórzyć to, ale obiecałam Marco, że nie będę tego robić. Westchnęłam i wstałam. Zatoczyłam się i upadłam na kolana. Uderzyłam pięścią o podłogę. Dlaczego to wszystko musi być takie trudne? Powoli podniosłam się. Nogi miałam jak z waty.


Usiadłam na zardzewiałej ławce w lesie. Znalazłam ją lata temu. Miałam stąd doskonały widok na miasto. Lubiłam tu przychodzić, czułam się tutaj taka wolna i niezależna. Sięgnęłam ręką do kieszeni kurtki i wyciągnęłam białą paczkę. Rozpakowałam ją i wzięłam papierosa. Włożyłam go do ust i podpaliłam. Zamknęłam oczy wciągając dym do płuc. Powtórzyłam to kilkakrotnie, gdy za sobą usłyszałam szmery. Odwróciłam się. Zbliżał się do mnie brunet. Ubrany był na czarno. Skórzana kurtka i trampki. Mimo, że nie było słońca na jego nosie były okulary przeciwsłoneczne. Nie spodziewałam się tutaj nikogo. To raczej niezbyt popularne miejsce.
    – Kim jesteś? – odezwałam się pierwsza, widząc zdziwioną minę chłopaka.
    – Powinienem zapytać o to samo. – warknął – To moja miejscówka.
    – Chyba kpisz.. – burknęłam mierząc go wzrokiem. Na jego twarzy zauważyłam lekki uśmiech. Był rozbawiony. – Z czego się śmiejesz?
Nie odpowiedział. Małomówny i tajemniczy. Miał w sobie coś dziwnego. Coś takiego, co nie mogłam rozszyfrować. Fascynował mnie. Podszedł bliżej i usiadł koło mnie. Zdziwiona patrzyłam na niego. Najpierw na mnie warczy, a teraz tak po prostu siedzi ze mną? Ja jestem nienormalna, czy on? Nie wiedziałam jak się zachować. Powiedzieć coś jeszcze, czy siedzieć cicho. Zdecydowałam się na to drugie. Odwróciłam wzrok na panoramę miasta. Westchnęłam i włożyłam z powrotem, prawie wypalonego papierosa do ust. Między nami panowała przerażająca cisza. Słychać było tylko nasze oddechy i niekiedy przejeżdżający samochód. Skończyłam palić, po czym wstałam i nie żegnając się, odeszłam.


Wieczorem poszłam do clubu. Miałam ochotę się upić. Gdy tylko przekroczyłam próg moje myśli zostały ogłuszone przez głośną muzykę. Dudniło mi w uszach, ale nie zawróciłam. Usiadłam na stołku przy barze i zamówiłam jakiegoś kolorowego drinka. Podparłam głowę na ręce i spojrzałam na parkiet. Nie mogłam przestać myśleć o tym chłopaku. Od kiedy odeszłam od niego, ciągle zaprząta moje myśli. Zastanawiałam się kto to jest. Jak ma na imię. Wydawał się być podobny do mnie, chociaż to niemożliwe, nie znam go. Sięgnęłam po drinka. Upiłam trochę i oblizałam wargi.
    – Poproszę tego drinka, co ta pani. – Nie możliwe. To nie może być on. Ale ten głos... taki podobny. Gwałtownie odwróciłam stołek, ale zderzyłam się z czyjąś klatką piersiową. Otworzyłam oczy i spojrzałam do góry. On. To był ten brunet. Ten o którym jeszcze niedawno tak intensywnie myślałam. Uśmiechał się kpiąco. Nie miał już okularów. Jego oczy miały ładny odzień gorzkiej czekolady.
    – No proszę, znowu ty? – zaśmiał się. Kilka loczków spadło mu na oczy. Nadal zdezorientowana spojrzałam za niego. Kilka siedzeń dalej siedział jakiś facet. To nie był Marco. Miał taki podobny głos...
Westchnęłam i wypiłam swojego drinka do końca. Brunet znów usiadł koło mnie i zamówił whiskey.
    – Śledzisz mnie? – Spojrzałam na niego podejrzliwie. Uśmiechnął się pod nosem i wziął łyka alkoholu. Odwrócił się do mnie tak, że teraz siedzieliśmy naprzeciwko siebie. Wyciągną do mnie rękę.
    – Jestem Ruggero i nie, nie śledzę cię. – uśmiechnął się półgębkiem. Złożyłam ręce i nic nie powiedziałam. Chłopak podniósł do góry jedną brew i zabrał rękę.  – A ty?
    – Po co ci moje imię? – spytałam majstrując przy kolczyku w nosie.
    – Jestem ciekaw, księżniczko. – Wstałam i spojrzałam mu w oczy.
    – Candelaria. –  szepnęłam, po czym kolejny raz odeszłam.

_________________________

Witajcie kochani.
Długo nas tu nie było...
Em, tak.
Standardowo dziękuję wam za przeczytanie. Mam nadzieję, że pierwsza część wam się spodobała.

Razem z Jasmine życzymy Wam wesołych i magicznych Świąt, bogatego gwiazdora, abyście spełnili swoje marzenia i spędzili je w rodzinnym gronie.

Całusy,
Lynch i Theo

PS. Jeżeli chcecie przeczytać więcej opowiadań mojego autorstwa zapraszam na twowildhearts.blogspot.com.

poniedziałek, 23 listopada 2015

LBA #1

" Bo ktoś sprawia, że uśmiech czasem się pojawia."
Dziękuję za nominację Ashley Red  
To moja pierwsza nominacja, bardzo się cieszę.
1.Masz ulubioną piosenkę(jeśli tak, to jak brzmi jej tytuł?)
Niestety nie mam ulubionej. Chociaż często słucham Adele- hello
2.Jak ma na imię twoja przyjaciółka?
Mam dwie najlepsze przyjaciółki na świecie. Zawsze mogę na nie liczyć, są 
dla mnie jak siostry. Moja kochana Karolina oraz Nicola. 
3.Jaki jest twój ulubiony serial, jeśli takowy masz.
Kotka,zaczęłam oglądać go od niedawna.
4.Jakie masz motto?
Życie trzeba przeżyć tak, żeby wstyd było opowiadać a miło wspominać...
5.Ulubiona lektura?
Ania z Zielonego Wzgórza
6.Ile masz swoich książek ?
Całkiem sporo.
7.Lubisz szpinak ?
Nienawidzę szpinaku. Kiedyś to jadłam bleee
8.W jakim rejonie Polski mieszkasz ?
WIELKOPOLSKA
9.Wolisz czytać czy pisać wiersze ?
Zdecydowanie czytać



Pytania ode mnie :
1. Jak masz na imię ?
2.Ulubiony zespół ?
3.Jakiego bloga najbardziej lubisz ?
4.Masz rodzeństwo ?
5.Kim chcesz zostać w przyszlości ?
6.Ulubiony aktor/aktorka ?
7.W jakm rejonie Polski mieszkasz ?
8.Masz jakieś zwierzątko domowe ? Podaj imię,
9.Ulubiony film/ serial ?
10.Jakie masz hobby ?
11. Co zainspirowało cię do prowadzenia bloga ?
12. Od kiedy go prowadzisz ?



JA  NOMINUJĘ :
* BLAKE  z bloga http://te-qiuero-leonetta.blogspot.com/

*God's Daughter z bloga http://en-tus-ojos-veo-el-mundo-de-color.blogspot.com/

Jeszcze raz bardzo dziękuję za nominację Ashley 

czwartek, 10 września 2015

4. To wszystko mnie już przerosło.

Szczególna dedykacja dla Stephie Blanco i Ashley Red ^^ ;* 

 ''Byłeś tym pierwszym, który mógłby mnie zranić i bezbłędnie to wykorzystałeś''

- Jest tam coś ciekawego ? - Wystraszona zgniotłam gazetę w ręce.
- C-co ?
- Pytałem czy jest tam coś ciekawego - Powtórzył. Już chciał wziąć pisemko, gdy powiedziałam :
- Nie ! Znaczy nie ma tam nic ciekawego, warte twojej uwagi - spojrzał na mnie dziwnie, ale odpuścił. No nieźle Violetta. W co ty się wpakowałaś...


Po kilku godzinach w końcu wylądowaliśmy. Zabraliśmy swoje bagaże i wyszliśmy na zewnątrz. W Argentynie dopiero świtało. Słońce powoli przekraczało linię horyzontu. Chmury przybrały kolor pudrowego różu i jasnej pomarańczy. Wciągnęłam świeże powietrze. Jak dobrze powrócić do miasta, które zna się od dziecka.
Josh musiał zadzwonić po taksówkę, ponieważ już po kilku minutach stanął przede mną czarny samochód. Z pojazdu wyszedł mężczyzna po czterdziestce. Kierowca podszedł do nas i odebrał walizki, po czym wsadził je do bagażnika. Usiedliśmy na siedzeniach, a Josh powiedział gdzie jechać.
- Na Lascano 73.
- Tam jest nasz nowy dom ? - zapytałam podekscytowana.
- Nie, jedziemy do moich rodziców.
*Camila Torres, BA, Rano*
Zbudziłam się. Poczułam się inaczej. Nigdy czegoś takiego nie czułam. To było dziwne uczucie. Poczułam wszechogarniający mnie niepokój. Niepokój, którego jeszcze nigdy nie doświadczyłam. Coś kazało mi zejść na dół, mimo tego nie ruszałam się z miejsca. Głosy coraz bardziej się nasilały. W końcu miałam dość, uległam. Wstałam i wyszłam z pokoju. Moje nogi jakby same mnie prowadziły. Czułam się jak w transie. Jakby ktoś panował nad moim ciałem, a ja nie mogłam nic zrobić. Szepty nie ustały. Nasilały się z każdą sekundą. Zeszłam po schodach. Stanęłam w korytarzu i czekałam... Nagle usłyszałam ciche pukanie. Nie powiem, lekko się przestraszyłam. Mimo, że bałam się podejść, moje nogi same pokierowały się w stronę drzwi. Niepewnie nacisnęłam klamkę i przyciągnęłam drewno do siebie. Wyjrzałam, ale nie zobaczyłam kompletnie nic. Ciemność. No tak... noc. Kiedy już miałam zamknąć drzwi pojawił się błysk. Moim oczom ukazała się Violetta... Ale wyglądała inaczej... Oczy miała całe w łzach... Ohh, nie była sama... Za nią stał brunet. Wyglądał znajomo. Jakbym go znała... ale nie wiem skąd. Jego blizna była mi bardzo znajoma... Nie myślałam wiele, ponieważ zauważyłam jak podnosi rękę i przykłada do czoła Castillo. Zrobiłam wielkie oczy i zakryłam usta dłonią. On... on miał pistolet ! Celował prosto w skroń. Byłam przerażona.
- Pożegnaj się ze swoją przyjaciółeczką Rudzielcu... - szepnął uśmiechając się cwaniacko. Chciałam krzyczeć, odepchnąć go, zrobić coś, ale nie mogłam... Nic nie mogłam zrobić. Ciało kompletnie odmówiło mi posłuszeństwa. I wtedy nacisnął spust...
Obudziłam się zlana potem. Co za realistyczny sen. Nigdy takiego nie miałam. A ten typek... skąd go kojarzę ? Te słowa... Pożegnaj się ze swoją przyjaciółeczką Rudzielcu... Rudzielcu... Rudzielcu... Dlaczego nie mogę sobie przypomnieć ?! Dlaczego Rudzielec jest dla mnie taki znajomy... ? Potrząsnęłam głową, jak gdyby chciałam tym gestem odrzucić natrętne myśli. Koniec. Za oknem dopiero świtało. Spojrzałam na zegarek po mojej lewej stronie. 4:37. Raczej już nie zasnę. Włączyłam muzykę i lekko ją ściszyłam. Wyciągnęłam ręce ku górze i ziewnęłam. Złapałam kawałek kołdry i odrzuciłam ją na bok. Następnie wstałam i podeszłam do szafy. Wzięłam pierwsze lepsze ubrania i dodatki. Zanuciłam pod nosem tekst piosenki lecącej akurat w radiu. Powoli weszłam do łazienki. Umyłam się i ubrałam boyfriendy, szarą koszulkę, czarny sweterek i białe conversy. Podkręciłam włosy, wytuszowałam rzęsy i musnęłam usta brzoskwiniowym błyszczykiem. Gotowa uśmiechnęłam się do swojego odbicia w lustrze.  Weszłam ostatni raz do pokoju. Założyłam na szyję dwa naszyjniki, a na głowę czarny kapelusz. Z wieszaka wzięłam małą torebeczkę i wyszłam. Po cichu, żeby nie obudzić Ines zeszłam po schodach. W kuchni sięgnęłam tylko po jabłko i udałam się w stronę plaży. Uliczki, którymi szłam były jeszcze puste. Nic się nie działo. Wszyscy jeszcze spali. Raz po raz wgryzałam się w owoc. Po chwili poczułam jak moje stopy zanurzają się w piasku. Ściągnęłam trampki i syknęłam. Ziemia była jeszcze zimna. Po chwili przyzwyczaiłam się do dziwnego uczucia i poszłam dalej. Na plaży też nikogo nie było. Wysokie fale odbijały się o brzeg. Uśmiechnęłam się lekko i usiadłam koło małego lasku. Utkwiłam wzrok na oceanie. Wschód słońca i woda mnie uspokajały. Oddychałam powoli i głęboko. O niczym nie myślałam. Byłam w tej chwili tylko ja i piękny widok... Zamknęłam na chwilę oczy i wsłuchałam się w śpiew ptaków. W końcu poczułam się szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa. Od wyjazdu Violetty czułam tylko smutek, teraz w końcu czuję radość. I chcę, żeby już tak zostało...
Wyciągnęłam telefon z torebki i spojrzałam na godzinę. 05:22. Chwilę bawiłam się komórką, gdy naszedł mnie dziwny pomysł. Wybrałam numer i zieloną słuchawkę. Kilka sygnałów później odebrała dziewczyna z zachrypniętym głosem.
- Violetta ? - szepnęłam niepewnie.
- Camila ?
- Oddawaj ten telefon ! - usłyszałam krzyki w tle rozmowy. Zdziwiłam się. - Coś ty za jedna ?! - Tym razem facet krzyknął już do słuchawki. Skrzywiłam się.
- A ty ? - zapytałam nadzwyczaj spokojnie.
- Spytałem pierwszy ! - Poczułam dziwne uczucie w sercu, jakbym znała już ten głos...
- A co cię to interesuje ?! Daj do telefonu Violettę ! - zdenerwowałam się.
- Nie masz prawa z nią rozmawiać !
- A właśnie, że mam ! Coś ty za jeden, żebyś mi mówił o moich prawach, co ?!
- Zamknij japę suko !
- Słucham ? Kogo ty nazywasz suką ? Siebie ? - Zaśmiałam się. Mężczyznę zdenerwowało to bardziej.
- Nie zawracaj nam więcej głowy wariatko ! Masz nie dzwonić, nie pisa...
- Słuchaj skurczybyku, to jest moje życie i będę z nim robić co zechcę. A ty ! Nie będziesz się wtrącać, a teraz łaskawie oddaj telefon Violettcie bo chcę z nią pogadać !
- I co myślisz, że po takim wykładzie dam ci ją ? Kpisz sobie ?!
- Wiesz co ? Mam dość... Viola jeśli mnie słyszysz to chcę ci powiedzieć, że jest mi bardzo przykro że urwałaś ze mną kontakt, ale jeżeli będziesz czegoś potrzebować wiesz gdzie mnie szukać... A co do ciebie ! Nie będę rozmawiała z takim idiotą. Żegnam !
- Ja jeszcze nie skoń... - nie usłyszałam dalszych słów, ponieważ się rozłączyłam.
Schowałam telefon i cała roztrzęsiona spojrzałam przed siebie. Nagle cały świat stracił swój urok. Miałam ochotę się popłakać, ale jednak powstrzymywałam się mrugając co chwilę. W końcu nie wytrzymałam, rozpłakałam się. Przez łzy widziałam już tylko same zarysy. Plaża powoli zaczęła się zapełniać. A ja ryczałam jak głupia. To wszystko mnie już przerosło. Pierwszy raz tak płakałam od śmierci rodziców. Właśnie wtedy się zmieniłam... na gorsze...

Miałam z czternaście lat, jeśli dobrze pamiętam... Siedziałam na ławce w moim ulubionym miejscu i oglądałam zachód słońca. Dosłownie kilka kroków od ławki była przepaść. A na dole ocean... Tego dnia Carlos miał osiemnaste urodziny. Mama z tatą byli w tym czasie za granicą, ale obiecali przyjechać na przyjęcie. Siedziałam i martwiłam się. Moja rodzicielka powiedziała, że kupili lot na godzinę 4:00 rano, a na zegarku widniała już godzina 18:48. Mój brat miał zadzwonić jak tylko będą. Niestety nikt do mnie nie telefonował, a siedziałam już tu parę ładnych godzin. Pomyślałam, że może lot opóźnił się kilka godzin i odgoniłam od siebie natrętne myśli. Jednak chwile potem wróciły ze zdwojoną siłą. Byłam coraz bardziej niespokojna. Po jakiś 5 minutach usłyszałam skoczną melodyjkę. Nie patrząc kto dzwoni, odebrałam.
- Cam ? Przyjedź szybko do domu to bardzo ważne ! - Usłyszałam Carlosa, a telefon wydał z siebie cichy pisk kończący połączenie. Zdziwiona schowałam komórkę do kieszeni i pobiegłam w stronę domu. Biegłam szybko, dlatego już po chwili stałam przed drzwiami. Nacisnęłam lekko klamkę i popchnęłam przed siebie. W salonie przed telewizorem stał oniemiały Carl. 
- Ej, co jest Bro ? - zapytałam, lekko potrząsając jego ramieniem. Chłopak nie odpowiedział mi, cały czas wpatrywał się w ekran. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na telewizor. 
- Samolot nr 6 lecący do Buenos Aires, miał wypadek. - Otworzyłam buzię z przerażenia. - Na pokładzie leciało około 48 osób, z których nikt nie przeżył. Samolot z niewyjaśnionych przyczyn wybuchł  w środku drogi. Podejrzewa się zamach terrorystyczny... - Nie słuchałam już dalej. Upadłam na kolana i zakryłam twarz dłońmi. Nie mogłam dopuści myśli, że moi rodzice zginęli. Wciąż miałam nadzieję, że to tylko głupi żart... Poczułam na ramieniu dłoń brata, a następnie jak jego silne ramiona mnie przytulają. Rozpłakałam się. Nawet nie wiesz jak ja się wtedy poczułam... Czułam pustkę... Wtuliłam się w Carlosa i chyba zasnęłam. Obudziłam się już w swoim pokoju i nagle przypomniałam sobie o wszystkim... Znowu się popłakałam i zakryłam szczelnie kołdrą. Carl powiedział mi, że jeszcze tego samego dnia zatelefonował do internatu Ines powiadomić ją o wszystkim. Przez długi czas po tym wydarzeniu nic nie jadłam. Praktycznie nie wychodziłam z pokoju. Jakiś tydzień później, Carl wyważył drzwi w moim pokoju i dał mi śniadanie. Nawet nie miałam siły się sprzeczać. Wszystko posłusznie zjadłam. Po posiłku zaprowadził mnie do łazienki i kazał się ogarnąć. Jak potulna owieczka zdjęłam śmierdzącą piżamę i wrzuciłam ją do kosza na pranie. Weszłam pod prysznic i odkręciłam letnią wodę. Poczułam chwilowe ukojenie. Umyłam włosy i ciało, po czym całą pianę spłukałam. Wytarłam się ręcznikiem i wyszłam z kabiny. Stanęłam nago przed dużym lustrem i spojrzałam na swoje wychudzone ciało. Wyglądałam prawie jak anorektyczka. Wystające kości, blada skóra... Na mojej twarzy malowała się rozpacz... Nie mogłam dłużej na siebie patrzeć. Owinęłam się ręcznikiem i podeszłam do umywalki umyć zęby. Później Carlos zapukał i powiedział, że przyniósł mi ubrania. Od kluczyłam drzwi i zabrałam od niego rzeczy. Potem usłyszałam już tylko kroki na schodach i cisza. W łazience szybko ubrałam bieliznę i dresy z popielatym T-shirt'em. Włosy związałam w wysokiego kuca; Przeszłam przez korytarz do swojego pokoju. Odsłoniłam rolety, ale szybko zmrużyłam oczy nagłą jasnością. Po chwili się przyzwyczaiłam i wyjęłam z szafy conversy. Ubrałam je na bose stopy i po chwili byłam już na dole. Carlos siedział na kanapie zapatrzony w jakąś nędzną telenowelę. Dałabym wtedy głowę, że w ogóle jej nie oglądał, tylko o czymś rozmyślał. Byłam pewna, że jemu też jest ciężko po stracie rodziców, ale ze względu na mnie nie pokazywał tego. Nic mu nie mówiąc wyszłam z domu. Poszłam w moje tajemnicze miejsce. Usiadłam na ławce i bezmyślnie wpatrzyłam się w dal. Rok później było już trochę lepiej, lecz dalej nie mogłam się z tym pogodzić. Całymi dniami siedziałam w domu, a jeżeli szłam do szkoły, odsuwałam się od wszystkich i siedziałam sama w bibliotece czytając. W rocznicę śmierci mamy i taty, znów usiadłam na ławce. Ale tym razem poczułam chęć zostawienia tego świata. Chciałam umrzeć... Podeszłam do przepaści i chwilę patrzyłam się przed siebie. Rozmyślałam czy będę potrzebna na tym świecie, czy może lepiej będzie odejść. W końcu zamknęłam oczy i rozłożyłam ręce jak Kate w Titanicu. Lekko przechyliłam się do przodu. Gdy już prawie spadłam, poczułam silną rękę łapiącą mnie za nadgarstek. W pierwszej chwili myślałam, że to Carlos, ale poczułam inny zapach. Otworzyłam oczy i spojrzałam na osobę, która przeszkodziła mi w śmierci. Był to brunet z kilkudniowym zarostem na twarzy. Przystojny. Zagryzłam lekko dolną wargę. Wyglądał na przerażonego.
- Czy ty chciałaś skoczyć ?! - krzyknął potrząsając delikatnie moimi ramionami. Uśmiechnęłam się lekko i przytaknęłam. - Zwariowałaś ?? Dlaczego chciałaś odejść ?!  - Przyłożyłam dłoń do jego ust, uciszając go.
- Słyszysz ten szum fal ? - Szepnęłam rozmarzona - Ciekawe jak to by było umrzeć wśród tej melodii...
- Ona zwariowała... ona naprawdę zwariowała... - Mówił do siebie przerażony. Wyrwałam się z jego uścisku i poszłam w stronę domu - Gdzie ty idziesz ?
- Przed siebie... -  Uśmiechnęłam się szelmowsko w jego stronę. Nie czekając na odpowiedź ponownie poszłam do mieszkania. Nie zatrzymywał mnie już. I bardzo dobrze, chciałam pobyć sama. Jakiś miesiąc później znów wróciłam na ławkę. Spokojnie, jakbym nic nie zamierzała rozsiadłam się wygodnie. Dziś są moje urodziny. Szesnaste urodziny... Nieśpiesznie wyciągnęłam z kieszeni kurtki żyletkę. Podciągnęłam rękaw lewej ręki i przyłożyłam do skóry nóż. Przez chwilę miałam wątpliwości, ale szybko zniknęły. Powoli wbiłam narzędzie w moją gładką skórę. Poczułam ogromny ból, który chwilę później został zastąpiony przez ukojenie. Po tylu miesiącach cierpienia w końcu poczułam, że wszystkie problemy zniknęły. Patrzyłam na wydostającą się z rany ciemnoczerwoną krew. Uśmiechnęłam się delikatnie. Jednak po chwili uzależniające uczucie minęło. Poczułam niedosyt, zaczęłam robić kolejne pociągnięcia żyletką. Czułam się coraz słabiej. Straciłam już sporo krwi. Zamknęłam na chwilę oczy. Poczułam jak ktoś wyrywa mi nóż z ręki. Otworzyłam oczy i się uśmiechnęłam.
- Kolejny raz mi przeszkodziłeś - Powiedziałam do bruneta.
- Chyba chciałaś powiedzieć 'kolejny raz cię uratowałem' - Odpowiedział ściągając koszulkę.
- Co ty robisz ? - Zapytałam zaskoczona. Chłopak nic nie mówiąc zatamował mi krwawienie...
Był grudzień kiedy znów to zrobiłam. Tym razem sięgnęłam po bezbolesną śmierć. Nie wiem czemu, ale chciałam zrobić to tam. W moim miejscu. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, ubrałam się ciepło i  wyszłam z domu. Po kilku minutach drogi dotarłam w końcu do celu. Usiadłam na ławce po turecku. Wyciągnęłam z torebki paczkę lekarstw i butelkę wody. Rozejrzałam się dookoła, jakby kogoś szukając. Jednak nie było nikogo. Nikt tu nie przychodził, oprócz mnie. Otworzyłam buteleczkę i wysypałam kilka tabletek na dłoń. Przyjrzałam się im. Nie były jakieś szczególnie ciekawe. Usłyszałam za sobą kroki, a raczej bieg. Nie odwracałam się. Szybko wrzuciłam tabletki do gardła i popiłam wodą. Spojrzałam na chłopaka i uśmiechnęłam się słabo.
 - Tym razem nie udało ci się mnie uratować - wyszeptałam.
- To jeszcze nie koniec...- odpowiedział, a ja zasłabłam. Dwa dni później obudziłam się w szpitalu. Leżałam na łóżku w białym pomieszczeniu, podpięta do setek kabli. Chciałam je wszystkie zerwać i uciec stąd jak najdalej. 
- Nie radzę - Usłyszałam. Spojrzałam zdziwiona w kąt pokoju. 
- No proszę. Kogo my tu mamy ? Pan Bohater ? - Zaśmiałam się. Brunet nadal siedział na krześle z poważnym wyrazem twarzy.
- Dlaczego chciałaś odejść ?
- To już chyba nie twoja sprawa - Uśmiech znikł z mojej twarzy - Co się ze mną stało ? -  
- Zemdlałaś. Przyniosłem cię tu, a lekarze przepłukali ci żołądek - Jakby czytając w moich myślach dokończył zdanie - Dwa dni... Leżysz tu dwa dni. 
- Camila - Podałam mu swoją rękę, uśmiechając się ciepło. Niepewnie oddał gest. - Nie bój się. Nie zjem cię - Zaśmiałam się.
- Federico
- A więc Federico... Dlaczego wciąż mi przerywasz ? - Spojrzałam na niego z iskierkami w oczach.
- Bo nie chcę, żebyś umarła... - W jego oczach zobaczyłam smutek. Zmarszczyłam brwi.
- Dlaczego ?
- Byłem wtedy mały. Moja mama też chciała się zabić. Robiła to samo co ty, ale zawsze zatrzymywał ją fakt, że ma kochającą rodzinę. Pewnego dnia, bawiliśmy się razem, a ona powiedziała, że za chwilę wróci. Pytałem gdzie idzie. Ale ona tylko powtarzała, że idzie do lepszego świata. Byłem mały, nie rozumiałem tego. Prosiłem, by mnie zabrała ze sobą, ale ona kiwała głową i mówiła, że to jeszcze nie mój czas. Ojciec był jak zwykle w pracy, a mój brat w szkole. Idealny moment śmierci. Nieprawdaż ? Poszła do łazienki. Po chwili usłyszałem trzask i ciszę. Pobiegłem tam i zauważyłem mamę leżącą na podłodze z opakowaniem po tabletkach. Myślałem, że ona po prostu zasnęła. Ale gdy przyjechał ojciec, ona nadal nie budziła się. Powiedziałem mu, że mamusia zasnęła w łazience. Jeszcze nigdy nie widziałem żeby tak szybko biegł. Krzyknął do Maxi'ego, żeby natychmiast dzwonił na pogotowie. Ale było już za późno. Ona umarła... z mojej winy...
Byłam zszokowana. On obwiniał za to wszystko siebie ! Przecież to nie jego wina. Był mały...
- Jakieś dwa lata temu straciłam rodziców w wypadku samolotowym - Skrzywiłam się. Jeszcze nikomu o tym nie mówiłam. - Cierpiałam. Myślałam, że jak umrę będzie lepiej...
Od tego czasu zaprzyjaźniłam się z Federico. Był dla mnie jak brat. Wzajemnie się wspieraliśmy. Przedstawił mi swoich przyjaciół i brata. Maxi'ego, Violettę, Leona i Marka. Tworzyliśmy zgraną paczkę, ale potem wszystko zaczęło się psuć. Mark wyjechał do Madrytu, bo jego ojciec znalazł tam dobrą pracę. A Federico... Pojechał do cioci w Londynie. Chciał zrobić tam karierę muzyczną. Została tylko nasza czwórka. Miałam prawie osiemnaście lat kiedy zaczęłam palić i pić. Często chodziłam na imprezy i ćpałam. Puszczałam się... Pewnego dnia wyszłam z clubu wcześniej. Spokojnie, lekko wstawiona szłam przez ulicę. Nagle poczułam mocne szarpnięcie. Wystraszyłam się. Jakiś mężczyzna zaciągną mnie w krzaki. Rzucił na ziemię i zaczął mnie rozbierać. Krzyczałam najgłośniej jak umiałam. Wiedziałam co mnie czeka, a nic nie mogłam zrobić.
- Jeżeli się nie uciszysz, zrobię ci krzywdę Rudzielcu... - Szepnął, a przed moimi oczami zabłysnął nóż. Przez chwilę się szarpałam, ale kiedy zrobił mi rozcięcie na ręce, uciszyłam się. Rozebrał mnie do końca. Leżałam przed nim naga. Nic nie mogłam zrobić. Tak cholernie się bałam. Wiedziałam, że Fede mi już nie pomoże... Światło księżyca oświetliło jego twarz. Nie było dokładnie widać zarysów, ale wiedziałam, że to Josh, brat Leona. No tak... Rudzielec... Tylko on mnie tak nazywał. Zaczęłam płakać, kiedy odpinał rozporek w spodniach. Kiedy się rozebrał i położył na mnie, upuścił nóż. Wszedł we mnie i nie zważając na mój ból, zgwałcił mnie. Kiedy już prawie dochodził, szybko sięgnęłam po ostre narzędzie i jednym machnięciem rozcięłam mu policzek. Skulił się i syknął. Wykorzystałam okazję i uderzyłam go w krocze. Chyba zemdlał z bólu. Pośpiesznie ubrałam na siebie sukienkę i pobiegłam. Nie chciałam wracać do domu. Cała roztrzęsiona pobiegłam do domu Ponte. Pobiegłam na tyły ogrodu. Wszystko mnie bolało mimo tego wspięłam się na drzewo i zapukałam do okna Maxi'ego. Otworzył mi zaskoczony. Ja nic nie mówiąc przytuliłam się do niego i poryczałam jak dziecko. Następnego dnia obudziłam się wtulona w chłopaka na jego łóżku. Przerażona odsunęłam się od niego i znów popłakałam. Zszokowany chciał mnie przytulić, ale ja się wystraszyłam i uciekłam do kąta. Po kilku dniach, kiedy się mną zajmował i dbał o mnie, powiedziałam mu że zostałam zgwałcona. Był przerażony pytał czy wiem, kto to był. Ale ja nic więcej mu nie powiedziałam. Nikomu nie powiedziałam, nawet Violettcie czy Leonowi. Znów zamknęłam się w sobie. Nie wychodziłam z pokoju, nie jadłam. Popadłam w depresję. Nikt nie mógł mi pomóc. Kiedy po pół roku poradziłam sobie z tym wszystkim, Castillo wyjechała... Tym razem chłopacy nie dali mi popaść w otchłań. Zajmowali się mną i mówili, że będzie dobrze. I radziłam sobie do dziś. Dziś znów się popłakałam... Tak jak kiedyś...

♣ ♡ ♣

Heii !
Co tam u was słychać ? ^^
U nas jakoś leci ;*
Mam nadzieję, że spodoba wam się ten rozdział :D
Nie usnęliście na końcówce prawda ? ;(
Chciałam wam trochę przybliżyć historię Cam...
No cóż... Napiszcie w komentarzach jak tam w szkole i do której klasy teraz poszliście ! :D
Zapraszamy was do zakładek o nas i zapytaj bohatera ! :D
Serdeczne pozdrowienia...
Jasmine & Nicole 

środa, 5 sierpnia 2015

Ogłoszenia Parafialne #2

Hejka ludziska ! :D Tu Nicole :D Przychodzę do was z nowinkami ^^ 
Ok, a więc w końcu udało nam się stworzyć zakładkę "Poznaj nas". Czeka na was po prawej stronie, całkiem u góry.
Razem z Angelą zmieniłyśmy nazwy, więc ja to NICOLE LUCY LYNCH, a blondyna to JASMINE THEO.
Co do rozdziału... jesteśmy w trakcie tworzenia go. Mamy już ok 30 %.
I jeszcze jedna niezbyt fajna sprawa...
W piątek, w nocy wyjeżdżam w góry na równiusieńki tydzień. Wiem, że będę miała tam wifi, ale niestety chyba nie zabieram laptopa. A na telefonie ciężko mi się pisze (plus do tego Angeli nie będzie), więc rozdział nie pojawi się w następnym tygodniu. Ja oczywiście będę tutaj często zaglądała. Postaram się również razem z Jasmine (przez messengera) napisać coś na papierze. Może nawet przez ten "urlop" uda mi się napisać OS, ale to jeszcze nic nie wiadomo. Wracam 15 sierpnia, więc dodamy nowy rozdział po moim powrocie, oczywiście jeżeli go skończymy :)
Myślę, ze to tyle :)
 Jeżeli tu dotarłeś wiedz, że jesteś super :D
Do napisania :*
N.L. Lynch.

poniedziałek, 13 lipca 2015

3. Masz mi się go pozbyć inaczej ja pozbędę się ciebie.

- Słucham ?! - krzyknęłam przerażona
- Nie drzyj mi się nad uchem wariatko ! Nie widzisz, że prowadzę ?!
- P-przepraszam kochanie - spuściłam wzrok na swoje buty.
Nie powinnam na niego krzyczeć. Przecież i tak jest już zdenerwowany tym co zrobił jego szef.
Jestem złą żoną, powinnam go pocieszyć, a nie na niego krzyczeć.
*Camila Torres, Ba, godzina 14:05*
Zadowolone z naszych fryzur wyszłyśmy i udałyśmy się do centrum handlowego. Na początku weszłyśmy do H&M'u. Każda z nas poszła w swoją stronę piszcząc z zachwytu  nową kolekcją letnią. Ja jako pierwsza dopadłam dział ze spodniami i spodenkami. Po dłuższej chwili wybrałam granatowe jeansy i brzoskwiniowe szorty. Gdy wybierałam się już do przebieralni podeszła do mnie moja siostra i pokazała mi prześliczną sukienkę. Sapnęłam z zachwytu i powiedziałam, żeby ją koniecznie kupiła. Zgodziła się ze mną i podeszła do półki, od której przed chwilą odeszłam, Tak jak już wcześniej zamierzałam poszłam do szatni. Szybko zdjęłam spodenki i przymierzyłam nowe zdobycze.
- Mrr, ale sekszi - mruknął ktoś zza kotary. Odwróciłam się przestraszona. Odchyliłam lekko zasłonę i przed sobą zobaczyłam Maxi'ego.
- Debil - powiedziałam patrząc na niego groźnie - Wystraszyłeś mnie
- No coś ty - szepnął uwodzicielsko - Mraśnie wygląda ta twoja dupeczka w tych szortach.
- Zamknij się. Ktoś może nas usłyszeć i pomyśli sobie nie wiadomo co - upomniałam go
- Dobra, dobra, nie złość się tak - odpowiedział cmokając w powietrzu.
- Spadaj - mruknęłami popchnęłam chłopaka w stronę wyjścia. Skończyłam się przebierać i wyszłam w poszukiwaniu koszulek.
*Violetta Castillo-Verdas, Rzym*
Już po kilku minutach byliśmy pod lotniskiem.Otworzyłam drzwi i wciągnęłam świeże powietrze.
-Jak chodzisz kretynko ! -usłyszałam głos Josha. Odwróciłam się do niego i zobaczyłam jak podnosi rękę na młodą kobietę.
- Josh nie !- krzyknęłam i w miarę szybko odciągnęłam go od przerażonej ciemnowłosej. Niestety oberwałam za to ja. Czułam jak robię się czerwona ze wstydu. Policzek piekł niemiłosiernie. Wiedziałam, że zostanie siniak. - Idź stąd - powiedziałam dziewczynie, która potulnie wykonała moją prośbę. W moich oczach zebrały się gorzkie łzy, ale szybko je starłam. Brunet wyjął z bagażnika walizki. Ścisnął mocno moje ramię i pociągnął mnie w stronę budynku. Mijający nas ludzie patrzyli na mnie z niesmakiem ale i ze współczuciem. Czułam jak moja twarz robi się czerwona ze wstydu. Po chwili usłyszałam dzwonek telefonu mojego męża. Spojrzał na wyświetlacz i powiedział, żebym tu została. Podszedł do ściany, gdzie odebrał i zaczął żywo gestykulować. Jego wyraz twarzy wyrażał złość i zdenerwowanie. Podeszłam bliżej i usłyszałam kawałek rozmowy.
- [...] Jak możesz być tak głupi ! Mówiłem ci, żebyś nie w ciągał w dilerkę tego debila ! Teraz przez niego mamy nieźle przerąbane ! Masz mi się go pozbyć inaczej ja pozbędę się ciebie ! - przerażona zauważyłam, że skończył rozmowę. Szybko wróciłam na miejsce i jak gdyby nic uśmiechnęłam się do niego. Złapał mój podbródek i uważnie przyjrzał się mojemu policzkowi.
- Zakryj to czymś - warknął i odebrał mi z ręki walizkę.
***
Już od jakiś 40 minut siedzimy w samolocie. Od tamtej rozmowy nie odzywam się do Josha. Podeszła do nas średniego wieku kobieta w uniformie. 
- Podać coś ? - zapytała uśmiechnięta.
- Kawę bez mleka, a no i bez cukru - powiedział beznamiętnie dalej wpatrując się w ekran telefonu.
- Ja poproszę dzisiejszą gazetę - odwzajemniłam uśmiech rudowłosej. Ta kobieta z wyglądu przypomina mi Camilę. Bardzo za nią tęsknię. Nie mogę doczekać się naszego spotkania. Stewardessa kiwnęła głową i zniknęła zza granatową kotarą. Po kilku minutach wróciła wróciła z gorącą kawą i czasopismem. Podziękowałam i zatopiłam się w lekturze. Moją uwagę przykuł pewien list gończy. Na zdjęciu ujrzałam mojego męża, zdziwiona przeczytałam ogłoszenie.

Policja w całym kraju prowadzi poszukiwania młodego mężczyzny o imieniu Josh V. 
Poszukiwany ma bladą cerę, ciemne włosy, brązowe oczy i zarost. 
Znakiem szczególnym jest charakterystyczna blizna na policzku. 
Mężczyzna ten jest prawdopodobnie dilerem narkotyków i mordercą kilku niewinnych osób. 
Jest bardzo niebezpieczny, agresywny oraz przebiegły. Nie zna litości. 
By zdobyć sławę wśród najgorszych typów zdolny jest do popełnienia najgorszych czynów. 
Prosimy państwa o szczególną ostrożność. 
Jeżeli ktoś widział osobę odpowiadającą temu rysopisowi prosimy o natychmiastowy kontakt z najbliższym komisariatem policji.

- Jest tam coś ciekawego ? - Wystraszona zgniotłam gazetę w ręce.
- C-co ?
- Pytałem czy jest tam coś ciekawego - Powtórzył. Już chciał wziąć pisemko, gdy powiedziałam :
- Nie ! Znaczy nie ma tam nic ciekawego, warte twojej uwagi - spojrzał na mnie dziwnie, ale odpuścił. No nieźle Violetta. W co ty się wpakowałaś...
 ______________________________
Hejka ! Co tam u was słychać ? Jak wakacje ? U nas w miarę ok, tylko pogoda nie taka jaka powinna być ^^ Jak wam się podoba wyczekiwany rozdział ? Myślimy że tym razem jest całkiem spoko :D Dziś więcej Vilu, więc chyba może być :D Piszemy ten rozdział już chyba piąty raz, a dlaczego ? Bo na naszych telefonach pisanie na bloggerze to nie wypał. Kilkakrotnie przez przypadek publikowałyśmy nieskończony rozdział. Więc musiałyśmy zrobić screeny i usuwać, a potem znowu pisać od nowa. Jesteśmy już tym tak zmęczone -.- No ale cóż ! W końcu się udało i dodajemy next ! :D Piszcie w komach co myślicie :D A ! No i nie zapominajcie o "Zapytaj Bohatera" ^^ Możecie, tam też zadawać pytania nam. Co do zakładki "O nas" jeszcze jej napisałyśmy, ale może niedługo się pojawi. No dobrze, to chyba wszystko ;) Czekamy na wasze komentarze i do zobaczenia w następnym rozdziale ! :*
T. Lynch & Dżandzuś

niedziela, 8 marca 2015

2. Jak ty właściwie masz na imię ?

Otworzyłam drzwi wejściowe i weszłam do domu. Chciałam ściągnąć conversy, ale zatrzymała mnie Ana.
- Poczekaj - przerwała mi - nie ściągaj butów, wychodzimy - Uśmiechnęła się do mnie.
- Dobra, tylko pójdę po torebkę i się przebiorę - odpowiedziałam. Podeszłam do schodów i gdy byłam już w połowie moja bratowa , krzyknęła do mnie.
- Zawołaj też Ines !
  Gdy w końcu wspięłam się na górę podeszłam do pokoju siostry i zapukałam. Usłyszałam "proszę", więc weszłam. Dziewczyna leżała na łóżku z laptopem. Zauważyłam, że montuje swój nowy filmik. Tak jak prosiła mnie Martinez powiedziałam blondynce, że wychodzimy. Pokiwała głową i zamknęła urządzenie. Podeszła do szafy i wyjęła z niej zwykłą, trochę już zniszczoną przez czas, torebkę na ramię. Ostatni raz zerknęłam na nią i poszłam do swojego pokoju. Podeszłam do białej komody. Wyjęłam z niej małą, czarną torebeczkę ze złotym paskiem. Następnie przebrałam się w ; Weszłam jeszcze raz do swojej siostry i zeszłyśmy razem na dół. Ana czekała już na nas ubrana w piękną, białą sukienkę w niebieskie kwiatuszki. Do tego ubrała skromne, błękitne baleriny. Natomiast Ines miała na sobie podarte dżinsy i biały T-shirt ze śmiesznym napisem. Powiedzieliśmy chłopakom, że już idziemy; Na zewnątrz przestało już padać i wyszło słońce. Po chwili na niebie zawitała podwójna tęcza. Chodnik, którym szliśmy był już całkowicie suchy. Zniknęły wszelkie oznaki tego, że padało. Znów powrócił upał. Ludzie przechodzili obok nas z uśmiechem, a niektórzy z niezadowolonym wyrazem twarzy, co pewnie zostało spowodowane tym gorącem. My szłyśmy śmiejąc się z dowcipów Ines.
- Wiecie, chciałabym pofarbować włosy na kolorowo - powiedziała niepewnie. Razem z Aną stanęłyśmy dęba. Pofarbować się ? Na kolorowo ?
- To genialny pomysł ! - krzyknęłam - Ja pofarbuję sobie końcówki na jakiś ładny kolor.
- Dziewczyny... Jesteście pewne co do tego ? - Obie pokiwałyśmy głową. An zmrużyła oczy i chwilę się nam przejrzała - No to idziemy do fryzjera !
*Violetta Castillo. Rzym, godzina 12:09*
    Przeglądając czasopismo skończyłam pić kawę. Nagle usłyszałam szczęk otwierających się drzwi wejściowych. Wyszłam na korytarz, a w drzwiach ujrzałam złego Josh'a. Zaskoczyło mnie to. Tak szybko wrócił z pracy ?
- Coś się stało ? - spytałam łagodnie podchodząc do niego.
- Nie ! - odburknął i poszedł do kuchni - gdzie jest obiad do cholery ?!
- Proszę - uśmiechnęłam się do niego i położyłam mu przed nosem talerz zupy.
- Co to ma być ?! Nie będę jadł żadnych szczochów ! - Krzyknął na mnie i rozbił talerz o ziemię. Przestraszona zrobiłam wielkie oczy. - Ty głupia, durnowata dziwko ! Jeszcze raz zrobisz mi takie gówno do jedzenia to cię zabiję !
Wstał i uderzył mnie w policzek. Zapiekło. Popchnął mnie tak, że wylądowałam na podłodze. Spojrzał na mnie i kopnął mnie w brzuch. Jęknęłam. Słone łzy pociekły po moich policzkach. Wyplułam na ziemię trochę krwi. Błagając go aby przestał podniosłam się z bólem i uciekłam do sypialni. Zakluczyłam się i usiadłam na dywanie skulając się. Położyłam podbródek na kolana i lekko się kołysałam, próbując zapanować nad przerażeniem. Powinnam się do tego już dawno przyzwyczaić. Musiało go coś bardzo zdenerwować w pracy, ponieważ nigdy nie był aż tak brutalny. Usłyszałam delikatne stukanie w drzwi. Podniosłam głowę. Usłyszałam szybki oddech Josh'a i jego szept.
- Viola, przepraszam nie chciałem. Wpuść mnie
  Nie ruszyłam się. Łzy lały się już strumieniami. Bałam się zrobić cokolwiek. Chciałam zostać sama i wypłakać się. Przez kilka minut nic nie robiłam.
- Proszę, błagam, na prawdę nie chciałem. Poniosło mnie...
Nadal nie ruszyłam się z miejsca. Patrzyłam tępo w drzwi, o które Josh się opierał. Już nie płakałam. Po chwili powoli wstałam i od kluczyłam drzwi. Chłopak gdy tylko mnie zauważył przytulił mnie i jeszcze raz przeprosił. Zobaczyłam na jego twarzy zaschnięte łzy. Musiał na prawdę żałować. 
- Nic się nie stało - uśmiechnęłam się i pocałowałam go delikatnie. 
*Camila Torres, BA, godzina 13.28*
  Razem z Ines siedziałyśmy już na fotelach w salonie fryzjerskim. Ana uśmiechała się do nas z poczekalni. Fryzjer rozczesywał mi mokre włosy. Postanowiłam pofarbować końcówki włosów na kolor granatowy. Natomiast moja siostrzyczka zaszalała i wybrała kolor różowy na całej głowie. Stylista wymieszał farby i zaczął nakładać na moje końcówki. Niespodziewanie podeszła do mnie Martinez. 
- Co jest ? - spytałam patrząc na nią w lustrze. Ta zamiast mi odpowiedzieć uśmiechnęła się. Zapadła cisza, ale nie niezręczna wprost przeciwnie. Przez chwilę obserwowałam mężczyznę, który nakładał farbę na moje długie włosy. - Ana ?
- Hm ? - mruknęła oglądając swoje jaskrawe paznokcie.
- Jak ty właściwie masz na imię ?
- Ana - zaśmiała się.
- Nie o to mi chodzi - uśmiechnęłam się - To skrót od imienia, prawda ? Od zawsze mówię na ciebie Ana, ale to nie jest twoje pełne imię ?
- Nie, na prawdę nazywam się Annabeth - odpowiedziała
*Violetta Castillo, Rzym*
  Josh powiedział mi, że mam się spakować. Zrobiłam wielkie oczy.
- Wyjeżdżamy do Buenos Aires - powiedział krótko i wyszedł z pokoju.
Bardzo się ucieszyłam. W końcu zobaczę moich przyjaciół ! Schyliłam się i wyciągnęłam z pod łóżka wielką walizkę. Stanęłam obok półki z moimi kosmetykami. Nie było ich wiele, dlatego zgarnęłam je ręką do walizy. Potem zaczęłam wkładać ubrania z szafy.
- Pośpiesz się ! - krzyknął i wyrwał mi z rąk bluzkę. Pośpiesznie wrzucał moje ciuchy nie zawracając sobie głowy układaniem ich. Gdy skończył pociągnął mnie za rękę i wybiegliśmy do małego saloniku. Wyjrzał przez okno i głośno odetchnął - Jeszcze ich nie ma - szepnął.
- Kogo nie ma ? - spytałam wpatrując się intensywnie raz w mojego męża, a raz w okno.
- Nie ważne, chodź.
Wyszliśmy z mieszkania nie zamykając go. Usiedliśmy do samochodu. Josh odjechał z piskiem opon.
- Co się stało kochanie ? - pytałam niepewna zachowaniem mężczyzny.
- Ahh szkoda gadać
- Powiedz - poprosiłam. Spojrzał na mnie i powiedział
- Szef zabił jakiegoś gościa i zwalił to na mnie - Przerażona słuchałam co mówił dalej. - I teraz policja mnie ściga.
~*~
Siemanko ! Na samym początku chciałybyśmy was przeprosić. Obiecałyśmy rozdziały we ferie, ale nie pojawiły się. Przyczyną był brak czasu. Tak wiemy to żadne wytłumaczenie. Mam nadzieję, ze rozdział może być. Pisalyśmy na spontana w końcu. Trzeci postaramy się dodać szybciej. 
S.B & T. Lynch